Zapraszam do przeczytania pierwszej opowiastki;)
„Bajki
Jagi”
Przedsłowie
Czarownice mają to do siebie, że nie są zbyt lubiane. Nie,
nie, nie. Ja nie mówię o tych waszych, na tych małych obrazkach, gdzie
wyskakuje super laska i wyciąga śmieszny
patyczek, żeby rzucać pseudozaklęcia.
Uwierzcie mi, na każdym sabacisku mamy z tych dziewczynek niesamowity
ubaw." Abra - kadabra" nie zrobi wam krzywdy - zaręczam śmiało, że
nie ma strachu.
Wracając do tematu, co z nami? Co z gatunkiem, któremu
niechybnie grozi wyginięcie z powodu zapomnienia? Nikt już nie myśli o
staruszkach na miotle z brodawką i krzywym nosem oraz – ostatnio się to zmienia
ze względu na pojawienie się pasty do zębów – nieświeżym oddechem. Patrzę w
zwierciadło, które ostatnio baby podarowały mi na, urodziny i widzę smutek.
Mojej chaty dawno nie odwiedziło żadne dziecko, a jak już się któreś napatoczy,
to zamiast się bać, proponuje mi wizytę w zakładzie dla obłąkanych. O ja wam
dam wariatkę wy małe dokuczniki! Jeszcze się przekonacie, jak wielką moc skrywa
Stara Jaga!
Upominam was srogo – Jeśli o nas, Prawdziwych Czarownicach
(określonych tytułem Wiedźm, na Pierwszym Niezależnym Świętokrzyskim Soborze)
zapomnicie, wyginiemy. Mam ponad trzysta lat - jak wiecie to młodzieńczy wiek
-, a mimo to tracę siły. Kolejna osoba, która nie myśli już o Babach sprawia,
że na mojej twarzy zaczynają znikać zmarszczki, oblicze mi się wygładza. Broń
Boże, żebym za niedługi czas wyglądała jak te wasze laleczki!!!
Jak ocalić się od zapomnienia?
Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na to pytanie. Z racji
programu asymilacji nawet ja, świętokrzyska Baba Jaga, nauczyłam się korzystać
z tych śmiesznych sprzęcików , komputerków – już nie jeden wybuch wstrząsnął
górami, pod wpływem mojej irytacji na zbyt powolny Internet.
Przeglądając googla, nauczyłam się w miarę poprawnej
polszczyzny, znalazłam znajomych na fejsie – wiecie, inne Baby z całego świata,
głównie Anglii, Mogadiszu, Peru, Urugwaju i Pensylwanii (te jakoś bardzo lubią
ssać – cały czas siedzą z czerwonym lizakiem , a ich siekacze są jakoś tak
bardziej wysunięte). Zaczęłyśmy wymieniać się zaklęciami, przepisami na wywary
i opowieściami, z nami oczywiście w roli głównej. Ja nawet zaczęłam czytać blogi. To jest
dopiro frojda! Jak Boga kocham, nic już mnie na świcie nie zdziwi. Co ci ludzie
wymyślają! Często jest to po prostu dramat na kółkach. Czasami jednak zdarzy
się rarytas. Milusi niesamowicie. I tak dla przykładu, na moim wizorze
komputerowym wyskoczył mi taki literacki wymysł. Taki tam konkurs. Co to
konkurs, oczywiście wiem. Na Łysej Górze nie raz urządzałyśmy ich wiele: kto
pierwszy wyłapie muchy siatkoskrzydłe, która uwarzy lepszy eliksir miłosny, kto
komu narobi więcej kurzajek, ot i temu podobne zagadnienia. Tutaj sprawy miały
się z deczka inaczej – trzeba było wyczarować bajkę. Myślę sobie: Ha,
dzieci drogie, Jaga ma już trzysta lat z hakiem i zna bajki już dawno
zapomniane- z czarownicami, oczywiście, w roli głównej! Może jakąś dla was
odgrzebie? Może sobie przypomni? Świetny
sposób na ocalenie od zapomnienia!
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Tylko wicie, to wcale nie było
takie proste, jak na początku myślałam. Mój język wymaga czegoś, co mądrzy
nazywają korektą. Dlatego zrobiłam sobie wywar z włosem jednej z pisarek, żeby
pisać w miarę poprawnie. Uprzedzam fakty: to nie oszustwo, tylko niezbędny
zabieg!
No. To już wszystko wyjaśnione, trzeba się zabrać do roboty.
Tylko czytać mi to to uważnie, bo jak nie... To wiecie co? Ja mam miotłę i choć
kości stare, to jeszcze latam. Na pewno poznam ,kto mi tam pomija jakieś wątki,
a wywar z kurzajkami nie może się doczekać, kiedy zostanie użyty…
Pozdrawiam was gorąco
z Gór Świętokrzyskich
Wasza Kochana i
Straszna Baba Jaga.
P.S. Ostrzegam, że
momentami zapomina mi się, iż są to opowiastki dla niewinnych dziecięcych
uszątek i parę przedstawionych przeze mnie sytuacji może wami wstrząsnąć.
Czytacie na własne ryzyko.
No, to zapraszam.
Opowiastka pierwsza:
![]() |
Autor: Wiktor Wasniecow (1) |
Słowo wstępu od Jagi:
Moi
mili Czytelnicy, zanim przystąpicie do lektury pierwszej opowieści, muszę Wam
wytłumaczyć parę ważnych faktów.
Po pierwsze: opinie o wiedźmach, zawarte w tej opowieści, dotyczą tego
jak patrzyli na nas ludzie. To zdecydowanie nie jest moje zdanie. Ja tu jestem
tylko cichym narratorem. Historię tę dawno temu opowiedział mi jeden z jej
bohaterów ( może po przeczytaniu zgadniecie, który?)
Po drugie: w dzisiejszych czasach, już nie jemy dzieci. W sumie
nigdy ich nie jadłyśmy, bo po co? Kto by
się Nas bał, kogo byśmy straszyły po nocach, poza tym wasze mięso jest ponoć
strasznie żylaste( nie pytajcie skąd wiem), a i uśmiechy zbyt piękne, aby właściciele
lądowali w naszych kotłach.
Uprzedzam
, abyście nie bali się wyłazić w nocy, nawet z rodzicami, w obawie, że któraś z
nas porwie Was na swej miotle. To nie wchodzi w grę. My możemy Wam zabrać
troszkę włosów, czasem kawałek paznokcia do eliksiru… Porywamy tylko w snach, tak do towarzystwa, gdy w
górach hula ten cholernik wiatr i nie daje usnąć… tak naprawdę nie ma się czym
martwić.
No,
to czytajcie – albo niech ktoś wam czyta, jak wolicie.
„O tym, jak
Maniek i Basia, chcieli odkryć sabatowe tajemnice.”
Dawno,
dawno temu, tak dawno, że nie pamiętają tego najbardziej wiekowi dziadkowie,
mieszkający w jednych z najstarszych gór, w których toczy się nasza powiastka,
doszło do dziwnych i niesamowitych wydarzeń. Jakich to, zarutko się dowiecie.
U podnóża
Świętokrzyskich szczytów stała niemal samotnie, mała chatka. Była dobrze utrzymana,
z ładnego, błyszczącego drewna, z mocnym
dachem i czerwonymi okiennicami. Wyglądała przytulnie i zachęcająco. Z przodu
chatki uśmiechały się do przechodniów dwa okna, które spoglądały radośnie na
zadbany ogródek. Każdego dnia pieliła w nim gospodyni Katarzyna, mama bliźniaków,
Mańka i Basieńki. Dzieci te często przebywały koło swojej kochanej mamusi. Lubiły
przyglądać się jej zgrabnym rękom, które
z wprawą wyrywały chwasty. Gdy nudziło im się niemiłosiernie, same próbowały
swoich sił, naśladując Katarzynę. Na
ogół kończyło się to usunięciem pożytecznych roślinek i pozostawieniem tych
zbędnych. Wtedy mateńka, czerwona z gniewu, przeganiała ich, aby szły dokuczać
gdzie indziej. Z racji tego, że nie miały ani ojca, ani dziadków, wędrowały do
domku Starca ( nikt nie znał jego imienia i nazwiska, więc określano go tym
mianem), który opowiadał im ciekawe historyjki.
Na
początku bardzo się go bały – był wysoki, nie miał zębów i jednego oka, a jego
włosy były długie, aż do pasa. Do tego brakowało mu pół ucha i małego palca u
lewej ręki. Byłby tak straszył ich swoją aparycją i nigdy by nie usłyszeli jego
melodyjnego, nie pasującego do wyglądu głosu, gdyby nie mateczka.
Pewnego
wrześniowego popołudnia, potrzebowała wybrać się do centrum wioski. A że tylko
ona i Starzec mieszkali przy samym podnóżu gór, tuż przy lesie, poprosiła go,
aby zajął się dziećmi na parę godzin. Początkowo pociechy bardzo się bały i
płakały, gdy matka im o tym powiedziała, myślały, że staruszek ich zje. Na
szczęście dla nich, nic takiego się nie stało. Starzec przywitał ich przed
swoim domkiem z uśmiechem( co wyglądało strasznie), poczęstował świeżym
mlekiem oraz chlebem i zaczął opowiadać. Dzieciom tak bardzo spodobały się
historie mężczyzny, że od tej pory bywały u niego praktycznie codziennie.
Zawsze
siadały w raz z nim przy kominku i pochłaniały niesamowite opowieści.
Najczęściej pojawiały się w nich wiedźmy zamieszkujące pobliskie góry. Były to
głupie stare baby, latające na miotłach i jedzące dzieci. Starzec przestrzegał Mańka i Basię przed wyprawami na szczyty, gdyż bał się, że
czarownice mogą porwać jego wiernych słuchaczy i znów zostanie sam na świecie.
Sądził, że jest to bardzo prawdopodobne ze względu na ich wygląd – tłuściutkie
ciałka, różowe policzki, żywe oczka, roztrzepane blond włoski. Dzieci były
okazem zdrowia i witalności, którą złe wiedźmy na pewno chciałyby strawić.
Każdy
mieszkaniec wioski zabraniał dzieciom włóczyć się po Górach, szczególnie, gdy
zbliżał się czas sabatu. Ludzie wiedzieli, że w tym okresie wiedźmy
zamieszkujące tajemnicze szczyty potrzebują młodych duszyczek do odprawiania
swoich rytuałów. Starzec i jemu podobni, nigdy nie zapomniał , jak pół wieku
temu zaginęło parę psotnych dzieciaczków, bawiących się w górskich lasach. Do
tej pory nikt dokładnie nie wiedział co się z nimi stało, ale jedno było pewne
– zostały porwane przez czarownice.
Toteż
bojąc się o pociechy gospodyni Katarzyny, które ledwie co ukończyły szósty rok
życia, sam zabraniał im podróżować po złowieszczych szczytach. Nawet dorośli
ludzie bali się tam wybierać na polowania. Tylko najdzielniejsi mężczyźni wyruszali
w poszukiwaniu dorodnej zwierzyny, którą będzie można zjeść. Jednym z
tych odważnych myśliwych, był ojciec
bliźniaków, który stracił życie
poszukując okazałej strawy, dla swojej kochanej rodziny.
Dzieci
doskonale o tym wiedziały – nie działo się to dalej niż rok temu, toteż
początkowo żywiły wielką nienawiść i strach, do górujących nad ich chatką
szczytów. Jednakże słuchając opowieści Starca, budziła się w nich ciekawość,
chęć sprawdzenia, czy mężczyzna mówi
prawdę. Dlatego też potajemnie usnuły plan wyprawy na szczyt łysej Góry, aby
wszystko sprawdzić. Uznały, że przebiorą się za straszydła i będą udawać
czarownice, aby te prawdziwe ich nie rozpoznały.
-
Jak wyjdziemy na szczyt to wdrapiemy się na jakieś drzewo i będziemy czekać.
Jak nic się nie pojawi, przez całą noc to sobie spokojnie wrócimy… - powiedział
Maniuś do siostry, gdy w wielkiej konspiracji schowali się za wysokim drzewem,
rosnącym tuż za ich chatką.
- A
jeśli pojawią się wiedźmy i nas zobaczą to nic nam nie zrobią, bo będziemy w
przebraniu, żeby nie poznały, że jesteśmy dziećmi. – dopowiedziała Basia, dłubiąc patykiem w ziemi.
-
Jak to, żeby nas nie rozpoznały? Przecież one nie istnieją, to tylko taka
bajka, żebyśmy nie chodzili daleko od domu…
- Tego do końca nie wiemy braciszku, przecież
jakby nie istniały to tatuś by tu był, dlatego musimy się przebrać.
-
A jak się spytają czemu jesteśmy tacy mali? – spytał nagle przestraszony
Maniek.
-
Przecież nie urośniemy dużo w dwa tygodnie! I co my zrobimy? – Niebieskie oczy
zwilgotniały mu na myśl o tym, że z całego planowania nici.
-
Powiemy im, że… Powiemy, że... – Myślała intensywnie Basia. Tak przejęła się
napotkana trudnością, że aż cała twarz jej spurpurowiała z emocji.
- Wiem,
wiem, już wiem! – Krzyknęła nagle, uśmiechając się radośnie.
-
Powiemy, że kiedyś byłyśmy jedną wysoką wiedźmą, ale zły czarnoksiężnik
przepołowił ją na pół i teraz jest nas dwie identyczne, małe czarownice! Ha! –
Brat spojrzał na nią radośnie. To było rozwiązanie doskonałe.
Tak
więc dzieci podkradły stare szmaty leżące na dworze, o których mama już dawno
zapomniała i bardzo dobrze ukryły. Cały plan powtarzały wielokrotnie, aby nic
im nie umknęło. Na podstawie opowiadań Starca, narysowały nawet mapę mająca
zaprowadzić je prosto do wiedźm.
W
końcu nadszedł dzień wyprawy. Dzieci uznały, że wyruszą godzinę po
położeniu się do łóżek – wtedy zwykle ich mamusia już twardo spała.
One
zresztą też, jednak teraz sytuacja była wyjątkowa. Z przejęcia trudno było im
oczy zamknąć, a co dopiero zapaść w sen!
Noc
była wyjątkowo jasna. Księżyc w pełni dawał
większy blask, niż niejedna świeca. Dzieci wyraźnie widziały całe podwórko oraz
miejsce ukrycia potrzebnego im ekwipunku(szmaty, nożyk i lina). Wszystko
znajdowało się w starej, próchniejącej jabłoni, która rosła na skraju lasu, tuż
obok ścieżki, którą bliźniaki miały podążyć, na poszukiwanie wiedźm.
Dzieci
sprawdziły czy gospodyni Katarzyna, na pewno śpi. Maniuś delikatnie nią
poszturchał. Mamusia jedynie chrapnęła, przekręciła się na drugi bok i
oddychała spokojnie. Zadowolone dzieci szybko wymknęły się przez okno, aby nie
skrzypieć drzwiami.
Linę,
która była potrzebna w razie wspinaczki na drzewo, owinęli Basię, ukrywając pod
stertą szmat, które dziewczynka na siebie włożyła. Nożyk zaś został przywiązany
do małej nóżki Mańka.
Dzieci
głęboko odetchnęły. W ich krwi tętniło
teraz podniecenie, chęć przygody i zbadania nieznanego, tajemniczego zjawiska.
Gdy
spojrzeli na ścieżkę prowadzącą do czarnego lasu, odwaga zaczęła topnieć w ich
małych serduszkach. Nagle słuch, jakby
im się wyostrzył - każde pohukiwanie
sowy, szelest liści poruszanych przez jesienny wiatr, odgłos łamania się suchej
gałązki, był dla nich niczym głośne stękanie czarownic, echo ich śmiechu i
rozmów.
Maniuś,
już miał mówić, żeby wrócili do domku i poszli spać do ciepłego łóżeczka, gdy
Basia złapała go za rączkę. Chłopiec spojrzał przestraszony w jej spokojne
oczy. Dziewczynka uśmiechała się delikatnie, jakby niczego się nie bała. Wzrok
miała zamglony, policzki rumiane. Pociągnęła brata stanowczo w stronę leśnej
gęstwiny. Mańkowi przez chwilę, wydawało
się, że siostra idealnie wie gdzie trzeba iść, aby zobaczyć miejsce spotkań,
starych wiedźm. Wrażenie to było ulotne i szybko się rozpierzchło, ale i tak
chłopiec nieufnie zerkał w stronę siostrzyczki.
- Przestań, przecież to tylko Basieńka.
Cały czas z Tobą była, nic nie mogło się jej stać. Jest normalna, tak jak i Ty. – pomyślał Maniuś.- Chcesz żeby dziewczyna wyszła na odważniejszą od Ciebie? Co wtedy
powiedzą dzieci ze wsi? Muszę bronić siostrzyczki, a nie bać się jakiegoś
ciemnego lasu. Przecież wiedźmy naprawdę nie istnieją. Nic tam nie znajdziemy i
szybko pójdziemy do domu. Byle tylko mama nie wstała zanim wrócimy, bo tak nas
spierze witkami, że do końca roku się nie podniesiemy.
Chłopiec
zaczął iść równym krokiem, podbudowany lekko swoimi przemyśleniami, z
determinacją, aby szybko powrócić do chatki.
Droga
była długa i kręta. Często włazili w krzaczaste chaszcze kalecząc małe rączki i
buzie.
Gdy
w końcu dotarli na sam szczyt chłopiec przestraszył się nie na żarty.
Siostrzyczka przyprowadziła go do jakiejś jaskini. Skąd ona wiedziała, jak tu
dojść? Przed jej jamą leżały kawałki drewna gotowe do rozpalenia ogniska. Obok
nich wielki kocioł i dziwne słoje.
Nagle,
gdzieś w oddali zawył wilk. Maniuś podskoczył, jak oparzony. Basia nie wykonała
żadnego ruchu.
-
Chodźmy z stąd szybko, zanim ktoś nas zobaczy! – krzyknął.
-
Nie możemy. Musimy tu poczekać. – Basia mocno trzymała go za rękę. Nie mógł się
uwolnić. Był zszokowany i przerażony jej zachowaniem.
-
Basiu co Ty wygadujesz?! Uciekajmy stąd, bo wiedźmy nas zjedzą!
-
Nie zjedzą, uspokój się. Poczekaj chwilę. Ciebie i tak wypuszczą…
-
To Ty z nimi gadałaś?!
-
Raz. We śnie. To bardzo miłe panie.
- Co?!
Baśka przestań sobie ze mnie żartować!!!
Wrzaski
chłopca zagłuszył, zamrażający krew w
żyłach śmiech. Jego źródło znajdowało się w … niebie. A właściwie na niebie.
Wydawały go wiedźmy lecące na swoich wielkich miotłach. Każda miała na sobie
chustę, długą spódnicę i płaszcz. Pruły w powietrzu szybciej niż nie jeden koń
wyścigowy.
Zatrzymały
się zaraz przy miejscu na ognisko. Chłopiec stał sparaliżowany strachem. Nie
wiedział co zrobić… Jego siostra zwariowała!
-
Dzieci…- zaskrzeczała najwyższa z wiedźm.
-
Nareszcie! – Krzyknęła inna, grubawa, w fioletowej chuście.
-
Czas zaczynać!
Czarownice
rozpaliły ognisko, ustawiły nad nim kocioł i wlały dużo wody.
Maniuś
bał się, że będą chciały, ugotować jego
i nierozważną siostrę.
Wiedźmy
tańczyły wokół ognia wykrzykując dziwaczne słowa i śmiejąc się przerażająco.
Nagle
przestały. Odwróciły się w stronę dzieci i podeszły do nich powoli, uważnie
obserwując.
-
Nie róbcie nam krzywdy! – krzykną chłopiec.
-
Krzywdy? Krzywdy? Jakiej krzywdy? – zaskrzeczała jedna ze starych bab i
wyciągnęła rękę, aby dotknąć policzka, Mańka.
-
Nie zrobimy wam krzywdy. Pochodzicie od nas, należycie do nas, jesteśmy waszą
rodziną…
-
Słucham?!
-
Wasza babka była jedną z wiedźm… teraz przyszedł czas na Basię…
Wiedźma
spojrzała na niego, szeroko się uśmiechając. Był to widok drastyczny! Starej
kobiecinie brakowało praktycznie wszystkich zębów, a te, które jeszcze jej
pozostały były całe czarne.
-
Jak to? – spytał zdezorientowany chłopiec.
-
Wasza babka Małgorzata była jedną z nas, lecz wasz ojciec nie chcąc oddać córki
próbował ją zabić, z fatalnym dla siebie skutkiem… Losu wiedźmy nie da się
uniknąć… to zew krwi… Teraz przygotujemy eliksir, dzięki któremu Barbara
przejdzie pełną przemianę i stanie się naprawdę jedną z nas…
-
Nie, nie możecie tego zrobić? Po co ja tu jestem?!
-
Ty musisz to wszystko obejrzeć, gdyż twoja pierwsza córka także dostąpi
zaszczytu sabatowego przejścia.
-
Nie, nie zgadzam się, tak nie może być… - przerażony chłopiec zaczął płakać.
Czarownice śmiały się z jego rozpaczy. Siostra również. Nie poznawał jej,
chciał stamtąd uciec, lecz jakaś siła zatrzymywała go w miejscu.
Musiał
patrzeć, jak czarownice podchodzą do Basieńki. Chwytają ją za małe rączki i
prowadzą do kotła. Następnie jedna z nich wrzuciła ją do jego wnętrza. Czarownice
utworzyły krąg wokół ogniska i zaczęły śpiewać. Głosy miały upiorne,
przeraźliwe. Klaskały przy tym i tupały głośno, ciesząc się, że ich grono
zostanie poszerzone o kolejną wiedźmę.
Nagle
ucichły. Z kotła rozległa się cicha melodia. Stopniowo stawała się coraz
głośniejsza, aż w końcu Maniek musiał zatkać uszy od natężenia dźwięku. Spojrzał
na ognisko. Z kotła wyłoniła się wysoka postać kobiety. Czarownice szybko do
niej podeszły i okryły przygotowanymi szatami.
Kobieta
wyszła i stanęła przed chłopcem, który bardzo się zdziwił. Spodziewał się
koszmarnej maszkary, nie zaś starszej pani o miłym, przyjaznym obliczu. Siostra
patrzyła na niego oczami postarzałymi o jakieś sześćdziesiąt lat. Wzrok miała
łagodny.
-
Maniusiu nie bój się –przemówiła radośnie.
-
Basia? To nie możesz być Ty. Jesteś stara i …
-
I taki już mój los. Inne wiedźmy zahipnotyzowały mnie we śnie, żebym nas tu
przyprowadziła. Za jakiś czas będę taka jak one. Zanim to nastąpi zapewne
dołączy do nas twoja córka…
-
Nie…
-
Na razie jesteś jeszcze młodziutki. Możliwe, że to wszystko wyda ci się tylko
złym snem, jednak pamiętaj, że któregoś dnia przyjdę i upomnę się o dziecko, a
Ty mi je oddasz bez oporu… inaczej spotka cię los naszego ojca… O tym co
widziałeś nie powiesz nikomu, oprócz swojej córy.. Teraz idź.
Chłopiec
poczuł, że już może się ruszać. Spojrzał jeszcze raz na wiedźmę, która była
jego siostrą. Nie zwracała na niego uwagi, przystępując do kręgu tańczących
bab.
Maniuś
zaczął szybko biec. Nie raz i nie dwa wpadł w wielkie chaszcze, kalecząc sobie
małe ciałko w przebraniu czarownicy. Uciekał, jak najdalej od skrzeku, czarów i
strasznych słów.
Gdy
zatrzymał się na skraju lasu, zaczynało świtać. Myślał o tym, jak zapobiec
odebraniu w przyszłości, swojego dziecka. Jego ojcu się nie udało. Uznał, że
jest tylko jedno wyjście.
*
Gospodyni
Katarzyna każdego ranka, przed obudzeniem dzieci, chodziła do źródła po świeżą
wodę. Przystawała tam na chwilę, ciesząc oczy urokiem poranka. Upajała się
soczystością zieleni w lecie, jesiennym złotem liści czy zimową pierzynką
śniegu. Tym razem nie było jej to dane. W miejscu, z którego zawsze czerpała
wodę leżało małe, zimne ciałko. Było skulone, jakby sobie przysnęło na chwilkę,
zmęczone zabawą. Gdy podeszła bliżej okazało się, iż jest to jej mały synek,
cały poharatany, brudny i w szmatach. Na jego ustach gościł uśmiech
triumfu.
!
(1) Nazwisko autora obrazu jest jednocześnie linkiem do źródła.
(1) Nazwisko autora obrazu jest jednocześnie linkiem do źródła.